Rozterki w rozszerzaniu diety malucha, nasze początki BLW i Mlekoteka w Poznaniu

Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale przyznam szczerze, że rozszerzanie diety niemowlaka jest dla mnie jednym z najtrudniejszych wyzwań. Mam w tym temacie mnóstwo dylematów i wątpliwości. 

Najbardziej bałam się momentu, że gdy minie 6 miesięcy, będę musiała nagle podawać dziecku nowy posiłek zamiast mojego mleka. Szukając wiedzy w tym temacie czytałam zarówno tradycyjne poradniki żywieniowe, jak i o BLW (tłumaczone jako Bobas Lubi Wybór), czyli czymś innym, niż stosowali nasi rodzice. Po różnych lekturach miałam już totalny mętlik w głowie, co będzie lepsze dla mojego dziecka: czy karmienie ze słoiczków, czy gotowanie własnych zupek, czy też podawanie jedzenia w kawałkach bez używania łyżeczki. 



Od ponad miesiąca wprowadzamy nowe pokarmy, a ja nadal czuję się zagubiona. Z jednej strony podoba mi się filozofia BLW, że dziecko uczy się samodzielnego jedzenia i je to co my, a z drugiej strony obawiam się zakrztuszeń, czy zadławień oraz bałaganu, a także smaku naszych dań. W innej kwestii organizacyjnej, np. gdy w weekend odwiedzamy bliskich, znacznie wygodniej jest podać dziecku porcję przygotowanych wcześniej lub gotowych zmiksowanych warzyw oraz nie wstydzić się za zrobiony bałagan. 

Dlatego jak dotąd karmimy się systemem mieszanym. Niekiedy, jak na powyższym zdjęciu, mój synek zajada samodzielnie zielonego kalafiora, a niekiedy podaję mu ze słoiczka marchewkę, a są jeszcze dni, że dostaje jeszcze cały dzień wyłącznie mleko. 

Jak dotąd w menu znalazły się już: jabłko, marchewka, dynia, zielony kalafior, słoiczkowy ryż z marchewką.



Staram się wrzucić na luz i nie spisać w tym temacie. Ale ostatnio od czasu do czasu dopadają mnie wątpliwości, szczególnie gdy skończą się warzywa od rodziny z ogródka, i nie wiem czy powinnam zakupić kolejne w sklepie eko czy podać dziecku marchewkę "niewiadomego pochodzenia" z ryneczku czy ze sklepu. Moją żywieniową paranoję podsysa też pewnie to, że równolegle walczymy z alergicznymi objawami - suchymi plamkami (które czerwienieją przy kąpaniu) na rączkach i nóżkach, a także śluzowymi kupkami. Po testach alergologicznych dziecka na 20 składników pokarmowych wiem, że nie służy mu pomidor, pietruszka i dorsz (którego nawet nie jadałam), ale podejrzewam coś jeszcze, bo skóra raz jest ładniejsza, a raz przybywają nowe plamy. I wtedy znów pojawia się pytanie i wyrzuty, co ja zjadłam, co nowego dostało dziecko, a może to nie samo warzywo, a jakaś chemia w nim dostarczona i tak w kółko...


 Mlekoteka - "Mleko mamy - i co dalej?"

Nie mniej jednak daję chcę dać szansę BLW :). Doszkalam się więc i uczestniczę w warsztatach o tej metodzie (pisałam o tym np. tutaj). A ostatnio niecierpliwie oczekiwałam na ostatnią poznańską Mlekotekę zatytułowaną "Mleko mamy - i co dalej?", gdzie organizatorki Monika Paryś (yourbreastfriend.pl) i Agnieszka Mrówczyńska (odzywianienaturalne.pl), opowiedziały m.in. o swoich doświadczeniach w rozszerzaniu diety dzieci, o różnicach w siatkach centylowych dla dzieci karmionych piersią i dla karmionych mlekiem modyfikowanym. 



Ponadto prowadzące doradziły, które lektury warto przeczytać i uspokoiły mnie, że rozszerzanie diety to bardzo powolny i indywidualny proces. Co więcej dowiedziałam się, że właśnie warto powoli wprowadzać dziecku nowe smaki, bo zbyt szybkie dostarczanie nowych składników pożywienia sprzyja niekiedy mimowolnemu samoodstawieniu dziecka od piersi. Z nowości dla mnie było też to, że nawet dzieci karmione mlekiem modyfikowanym powinny mieć rozszerzaną dietę dopiero po 6 miesiącu, a nie jak dotąd wszędzie informowano, że już po 4 miesiącu (pewnie tu działał lobbing producentów żywności dziecięcej). 



Gościem specjalnym spotkania była Asia Anger - współautorka bloga Ala'Antkowe BLW i świeżo wydanej książki z przepisami w nurcie BLW. 



Zakupiłam jeszcze pachnący drukarnią egzemplarz i próbuję gotować dania bez soli, które w przyszłości będziemy jadać wspólnie z dzieckiem. Na razie kiepsko mi to wychodzi i stwierdzam, że nie jest to takie proste, by odpowiednio przyprawić posiłek, nie używając właśnie soli. Muszę jeszcze trochę poćwiczyć lub poszukać warsztatów praktycznych!



A jeśli już o samodzielnym jedzeniu mowa, to pokażę Wam na koniec, jakie urocze sztućce dla dzieci sprezentuję na urodziny pewnemu bliskiemu dwulatkowi. Mam nadzieję, że wesołe minki zachęcą go do nauki jedzenia sztućcami. Można je nabyć w tym sklepie.







I jeszcze jestem ciekawa, jak rozszerzanie diety dziecka wygląda/wyglądało u Was? Bezproblemowo, czy też macie/mieliście tyle wątpliwości co ja?


8 komentarzy:

  1. Rozszerzanie przed nami, czekamy na wskaźniki gotowości :) Powodzenia Wam w odkrywaniu nowych smaków i znalezieniu równowagi.
    P.S. Czy zielony kalafior to brokuł? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, ale pewnie jakaś krzyżówka kalafiora z brokułem :).

      Usuń
  2. My dopiero zaczynamy 4 miesiąc, właśnie także obawiam się tego momentu kiedy oprócz mleka (u nas niestety modyfikowane) będzie trzeba podać coś jeszcze. I również nie wyobrażam sobie, że już za miesiąc musiałabym tą dietę rozszerzać. Więc cieszę się, że trafiłam na Twojego bloga i wiem już, że wcale to nie jest konieczne. A z tym lobbowaniem przez producentów... to tak jak z piciem mleka ;) Wszyscy mówią, że takie zdrowe, a nikogo nie zastanawia fakt, że jako jedyni z grupy ssaków pijemy mleko jako dorosłe osobniki. Ale to już odbiegając od tematu.. Świetny blog, będę tu z pewnością wracać. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja rozszerzałam dietę w podobny sposób do Twojego. też czekałam na te magiczne pół roku mimo, że wiele osób (teściowa na czele) bardzo mnie krytykowało i twierdziło, że zagłodzę dziecko. Podawał przykłady z telewizji jak to znaleźli w czyimś domu dziecko, które było skrajnie wychudzone. Ja jednak się nie przejmowałam i szłam zgodnie z własnym sumieniem. Też karmiliśmy się w sposób mieszany, a dzisiaj Filip zajada prawie samodzielnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czekałam właśnie na to pół roku i samodzielne siadanie.

      Usuń
  4. Wiesz, ja Małemu Myszowi podawałam warzywa i owoce z dziadkowego ogródka, ale jak się skończyły kupiłam je w sklepie osiedlowym... i Mysz am się jak najlepiej.

    OdpowiedzUsuń

Ja już pokazałam i napisałam. Teraz Twoja kolej - skomentuj proszę i zostaw po sobie ślad :)

Copyright © 2016 MAŁA RZECZ A CIESZY , Blogger